Magia kina klasy F powraca do Internetów

Są w Internetach rzeczy, które każdy fan rycia beretu powinien zobaczyć. I Kung Fury jest jedną z tych rzeczy. Żeby nie zepsuć Ci zabawy, na sam początek masz tu cały film. Potem sobie o nim pogadamy.

Kung Fury w pierwotnym zamyśle miało być krótkim filmikiem, na którego realizację założono akcję na Kickstarter. Ku zdziwieniu twórców, po obejrzeniu krótkiego trailera, użytkownicy wyłożyli łącznie ponad 600 tysięcy dolarów. To całkiem niezła kwota, która pozwoliła zrealizować epickie dzieło klasy F, imitujące wszystko, co najbardziej bawiło w filmach z lat osiemdziesiątych. Z dodatkiem całkiem-całkiem efektów specjalnych. I jeszcze teledysk z Davidem Hasslehoffem. No miodnie po prostu.

Kung Fury ma w sobie imitację wszystkiego, co sprawiało, że z radością oglądało się odcinek Star Trek „Arena”. Jest celowo fatalna gra aktorska. Jest cała masa sucharów. Jest akcja tak niedorzeczna, że aż epicka. No bo kto nie uznałby za świetny pomysł T-rexa walczącego z wielkim robotem-orłem na usługach Hitlera?

Ja doceniłam też smaczki – na przykład wykorzystanie Power Glove (tak, sterownika do NES) jako boostera do hackowania. Wykorzystanie nawiązań do wielu typów multimediów – filmów, kreskówek, starych gier, inforeklam. Imitowanie małych skoków „taśmy VHS”, miejscami delikatne przesunięcie dźwięku. Zafascynowali mnie „żołnierze tła” – nie tylko ze względu na ich absurdalną bezużyteczność. Przez całą scenę walki zastanawiałam się, komu chciało się kręcić pewnie z pięciu gości, wykonujących 30 manewrów typu klaskanie, rozglądanie się jak oferma, czy wykonywanie malutkiego tańca radości (żołnierz pojawiający się w okolicach 17:57 – miszcz), żeby przekopiować ich i zapętlić jakieś 500 razy.

Oczywiście, zawsze znajdzie się coś, do czego można się przyczepić (nawet przy produkcji, której nie można się czepiać). Dla mnie była to akurat beznadziejna animacja głowy Triceratocop’a. Ręce z rękawiczek były świetne, ale głowa po prostu smutałke. Jakoś też wybitnie nie leżały mi współczesne żarty (dwa wyjątki: karteczka AFK na drzwiach Hackerman’a i „You don’t Hassle the Hoff”) i wypowiedzi Kobry. Ale nie można mieć wszystkiego. Sflaczałe bicki Thora mi to wynagrodziły.

Generalnie efekty specjalne były naprawdę spoko, chociaż przeplatanie starych technik FX z nowymi było trochę niekonsekwentne w niektórych przypadkach. W większości zaawansowana technika komputerowa była tutaj naprawdę przydatna – umówmy się, ciężko by było zrobić makietę t-rexa. Ale, z drugiej strony, czułam, że mogli zastąpić ją jakimś solidnym kiczem w kilku miejscach. Efekty przejść, takie jak panorama sceny na kamieniu, były jak dla mnie w minimalnie zbyt nowoczesnym tonie. Jednocześnie, produkcja straciłaby wtedy na dynamizmie – nie wiem, czy byłoby to dobre, czy złe.

Ogólnie, jako fanka Internetów, zachwycam się totalnie całą tą koncepcją. Długość filmu była wręcz idealna – nie za krótki, nie za długi. Krótszy pozostawiłby niedosyt, długi by zmęczył. Dlatego mam nadzieję na sequele, prequele i inne quele w przyszłości. Dzisiaj jestem jednak szczęśliwym żuczkiem.

Latest Comments

  1. Q Czerwiec 14, 2015

Dodaj komentarz