Post Gościnny: Q Przygoda z Blogowaniem

Tak jak wspominałam pod koniec zeszłego roku, planuję zacząć raczyć Was postami gościnnymi różnej maści i treści. Pierwszy rzut gościnnowania przypadł jednemu z moich przyjaciół, który niedawno uruchomił własnego bloga i z tej okazji poprosiłam go o słów kilka na temat jego blogowych przygód. Oto co ma Wam do powiedzenia pewien mol książkowy:

Ksywa: Q

Wiek: 27

Wykształcenie: Informatyk

Zawód: nie zawodzi (a tak serio to koordynator jakości w branży automotive)

Blog: W Słowa Zaplątany

Tematyka: Książki (głównie)

Bloguje od: pierwsze przygody zaczęły się w 2003 roku. W obecnej formie piszę od października 2012.

             Jako wyznawca teorii „w kupie siła” postanowiłem podjąć się zadania i na prośbę Lotty napisać Wam kilka słów na temat mojej przygody z blogowaniem. A zaczęło się dość dawno bo w 2003 roku kiedy to blogi w Polsce jeszcze raczkowały i były głównie domeną nastoletnich dziewczynek które LoFFciAŁy <3 pisać o pierwszej miesiączce, tym głupim Tomku z trzeciej ławki który nie chce na nią spojrzeć i wszystkich innych niesamowicie tragicznych i wspaniałych przeżyciach.

Ale jak to się właściwie stało, że założyłem bloga w tych czasach? Sądzę, że zdecydowana większość ludzi zaczęło tak samo. Potrzeba ekspresji i adoracji sprawiła, że pisanie tekstów do zeszytu i opowiadanie znajomym o swoim życiu przestało mi wystarczyć. A jako rasowy ekshibicjonista nie mogłem sobie odpuścić możliwości dotarcia do tej rzeszy potencjalnych adoratorów (i adoratorek przede wszystkim). Zawsze lubiłem znać opinie wszystkich możliwych osób na interesujące mnie tematy. Kiedy napisałem jakiś tekst męczyłem nim wszystkich. Jednak przekazywane opinie były zbyt ulotne. Blog więc był idealnym miejscem gdzie mogłem się uzewnętrzniać i dostawać we względnie trwałej formie komentarze innych.

Piszę „względnie trwałej” bo niestety w tych czasach Internet nie był jeszcze tak solidny jak dzisiaj (szczególnie w Polsce). Podczas mojej ok. dwuletniej przygody trzy razy zmieniałem serwis hostingowy bo na poprzednim przytrafiła się jakaś awaria i większość danych przepadła. To właśnie wtedy nauczyłem się, że wszystko co piszę powinno mieć co najmniej jedną kopię. Bloga traktowałem trochę jak dziennik, trochę jak pamiętnik i notatnik. W codziennych wpisach dominowało natchnione opisywanie swojego życia oraz dzielenie się moimi niesamowicie ciekawymi przemyśleniami. Każdy z wpisów zazwyczaj okraszałem fragmentem ulubionej tego dnia piosenki, wierszem a okazyjnie wrzucałem swoje opowiadania które były moją perełką.

            Po jakichś dwóch latach i kolejnej awarii serwisu blogowego znudziłem się formą i porzuciłem blogowanie. Wciąż jednak pisałem i byłem aktywny w sieci. Udzielałem się na różnych forach i w komentarzach. Aktywność była mniejsza ale potrzeba ekspresji wciąż we mnie drzemała. Później już jako człowiek pracujący o sporej specjalizacji w dziedzinie sprzętu Apple zacząłem więcej działać na forach tematycznych jako wspierający technicznie. Udało mi się też nawiązać luźną współpracę z popularnymi w tym czasie bloggerami technologicznymi przy powstawaniu różnych projektów. Jednak zawsze było to coś przy okazji. Potrzeba ekspresji w pełni obudziła się stosunkowo niedawno.

            W 2012 roku poznałem Archer i dzięki niej trafiłem na grupę blogerów (a właściwie blogerek) książkowych. To Archer rozpoznała we mnie chęć do pisania i suszyła mi głowę tak długo aż któregoś dnia zgodziłem się zrobić gościnny wpis na jej blogu. Potem już cała banda blogerek siedziała mi na głowie. Znając swój zapał  nie odpalałem własnego bloga. Publikowałem na Pestce recenzje i luźne komentarze do świata. W międzyczasie luźna grupa blogerów zmieniła się w Śląskich Bloggerów Książkowcyh. Taka forma zmieniła nasze spotkania przy kawie w zorganizowane akcje. Dzięki zaangażowaniu większej ilości osób, setce pomysłów na minutę i totalnemu pozytywnemu nastawieniu wszystkich udało nam się między innymi zostać partnerami Katowickich targów książki. Reklamy, panele dyskusyjne z bloggerami i wydawcami. To było coś. Cała ta otoczka spowodowała, że w mojej głowie zaczął się rodzić pomysł na własny kąt w Internecie. Jako grupa byliśmy już rozpoznawalni i przyszedł czas na podkreślenie swojego istnienia.

            Do własnego bloga postanowiłem podejść z odpowiednim przygotowaniem i bez pośpiechu. Jako nośnik wybrałem Blogspota bo to bardziej popularne a mnie nie zależało na rozbudowanych opcjach bo i po co. To tekst jest tu najistotniejszy. W pierwszej kolejności blog wisiał całkowicie zablokowany na świat a ja na spokojnie przez 4 tygodnie zaznajamiałem się z serwisem i budowałem stronę. Przed upublicznieniem wrzuciłem kilka starych tekstów, żeby jakoś stronę zapełnić a linka podesłałem mojej grupie w celu sprawdzenia jak to wygląda. Po ostatnich szlifach blog stał się publiczny i teraz nie ma zmiłuj. Pisać trzeba. Na szczęście ŚBK motywują do pracy i jakoś to sobie powolutku leci. Zasadniczym błędem był brak funpage na fb. To dobry nośnik informacji który pozwala stale pobudzać zainteresowanie blogiem. Ja jeszcze robię to przez swój profil ale jak mam ruszyć pełną parą w nowym roku to blog musi mieć swoje miejsce na fb. [EDIT: FUNPAGE JUŻ JEST]

            Dla początkującego blogera dobrze jest mieć jakąś grupę wsparcie. Po pierwsze osoby znajome które suszą Ci głowę, żebyś pisał. Po drugie dobrze mieć jakąś grupę wzajemnej adoracji która podniesie Ci statystyki przekierowując część swojego ruchu do ciebie. Poza tym dobra grupa działająca w twojej dziedzinie to zawsze pozytywna rzecz. Dla mnie obie grupy zawierają się w ŚBK którzy z jednej strony męczą i motywują do pisania a z drugiej dzięki wspólnym akcjom człowiek może wyjść do ludzi w realu i coś podziałać. Polecam przyjrzeć się naszej grupie bo w nowym roku wraz z naszą partnerską księgarnią ruszamy z pompą.

            I to by było na tyle jeśli chodzi o moje blogowanie. A jak to wygląda u Was? Zaczynacie i macie jakieś problemy? A może Wasze początki wyglądały ciekawiej?

Latest Comments

  1. kzmarch Styczeń 10, 2014

Dodaj komentarz