Jeden powód, dla którego warto podejmować ciężką pracę

Miałam ostatnio ciężki okres. Coś zajebiście fajnego musi się niebawem zdarzyć, albo już się zdarzyło a ja to przegapiłam, bo karma postanowiła zrzucić na mnie całe zło miasta, okolicznych wsi i imigrantów z Białorusi. A przynajmniej tak się czułam. Miałam taki zapierdol w pracy, że nie miałam czasu na zapierdol na fejsie. w 40-godzinny tydzień roboczy wcisnąć musiałam roboty na 60 godzin. I o dziwo – żadna tragedia ani dramat firmowy się nie wydarzyły (z wyjątkiem braku internetu, przerw w dostawie prądu, dwóch zepsutych samochodów – z czego jeden w drodze na dwa spotkania w Warszawie. Ale to taki standardzik chyba w branży interaktywnej, że technologia daje w dupę, więc się nie przejmuję zbytnio). Jestem z siebie taka dumna, że aż z tej okazji nie robiłam dzisiaj absolutnie nic. Ale ja właściwie nie o tym.

Podczas ostatnich miesięcy zdecydowanie za często narzekałam. Że jestem przemęczona, że chora muszę chodzić do pracy, że nerwy mi puszczają, że nie mam czasu wolnego dla siebie. Kilka osób pytało mnie: „dlaczego się tak męczysz?”. A ja raźno odpowiadałam jedną z kilku przygotowanych na tę okazję formułek:

  • Bo ktoś musi (przez jakiś czas autentycznie wydawało mi się, że beze mnie to wszystko się zawali na łeb na szyję. Nażłopałam się władzy i dostałam od tego mentalnego rozwolnienia. Na szczęście już mi lepiej);
  • Bo pieniądze się same nie zarobią;
  • Bo to tylko przejściowe, niedługo się wszystko zmieni, jak tylko będę mieć kogoś do pomocy;

Ale prym w tym wszystkim prowadziła zawsze jedna, rzucana niemal z automatu, formułka: „Lubię to, co robię”.

Case study – moje życie

Nie jestem wielką specjalistką w dotrzymywaniu przyrzeczeń składanych samej sobie. Od lat odstawiam Pepsi, czując małe ukłucie winy za każdym razem, kiedy kupuję zgrzewkę dwulitrowych butelek. Mój rekord utrzymywania czystości w mieszkaniu to jakieś dwa miesiące. Biegałam może z tydzień (no dobra, dwa – tutaj byłam trochę zawzięta). Ale jest jedna zasada, której trzymałam się kurczowo od wczesnego nastolęctwa: robić to, co sprawia mi satysfakcję.

Miało to realny przekład na chyba wszystkie sfery mojego życia. Szkoły nie zaszczycałam często swoją obecnością, chyba że była biologia lub plastyka. Nauczyciele pierwszych lekcji dnia pomijali mnie przy sprawdzaniu obecności. Po szkole włóczyłam się po znajomych, a potem po sesjach RPG czy LANach. Brnę od lat w grafikę, mimo że orłem nie jestem – ale się uczę, bo lubię.

Najczęściej jednak nie lubiłam swojej pracy. Najdłuższy staż mam w miejscu, w którym trzymali mnie przede wszystkim znajomi. Nie zrozumcie mnie źle, zawsze dawałam z siebie tyle, ile byłam w stanie. Ale… najczęściej dane miejsce pracy traktowałam jako fazę przejściową do czegoś lepszego.

Aż wreszcie nadarzyła się agencja interaktywna, w której aktualnie pracuję. Poszłam tam przez zupełny przypadek i nie nastawiałam się na wiele. Wchodząc na rozmowę kwalifikacyjną myślałam sobie: jeśli dostanę tę posadę, odbębnię do czasu znalezienia czegoś ciekawego. Tymczasem znalazłam miejsce cudownych ludzi, którzy pozwolili mi robić to, co uwielbiam – robić internety.

Niestety, stanowisko marzeń miało swoje minusy. Nadmiar pracy dla całkowicie świeżego, w ogóle nie zgranego ze sobą zespołu, wymagający klienci, z którymi na początku kompletnie sobie nie radziłam, pamiętanie o milionie małych rzeczy, które ciągle mi umykały (a wiedz, że moja pamięć krótkotrwała jest porównywalna do pamięci jętki). To tylko kilka kłopotów. Potem doszło jeszcze więcej pracy, jeszcze więcej obowiązków. I zaczęłam się zastanawiać, czy warto się męczyć. Za każdym razem, kiedy ktoś ujmował to pytanie na głos, moje wątpliwości się pogłębiały. Do momentu, kiedy koleżanka wdała się ze mną w małą, dla niej zapewne nic nie znaczącą rozmowę na fejsie, która miała na mnie ogromny wpływ. Musiałam ze szczegółami obronić swoje stanowisko w sprawie „dlaczego jeszcze tym wszystkim nie pierdolnęłam”, co skłoniło mnie do przemyśleń głębszych niż te niespodziewanie głębokie kałuże, które moczą ci nogawki na udach kiedy w nie wdepniesz.

puddle

Przemyślenia głębsze niż kałuża

Jestem osobą, która lubi iść po najmniejszej linii oporu kiedy przychodzi do wysiłku fizycznego. Może dlatego jestem sama dla siebie doskonałym przykładem tego, że trzeba coś naprawdę, naprawdę lubić, żeby się dla tego starać dłużej niż to absolutnie konieczne. Dlatego, jeśli mimo wszystko znosisz przeciwności losu, nadgodziny, chujowego szefa, psie pieniądze, czy co tam jeszcze Cię szczypie w uda, jeśli mimo drgawek na myśl o zwleczeniu się z łóżka, nadal znajdujesz więcej momentów, które Cię cieszą lub dają Ci satysfakcję, niż tych złych – istnieje realna szansa, że mimo wszystko dobrze trafiłeś. Choćby to miało być czyszczenie toalet. Jeśli czujesz się spełniony – myślę, ze warto.

Dopiero niedawno zdałam sobie naprawdę sprawę z tego, jak ważne są dla mnie pewne wartości, które daje mi praca. Poczucie zadowolenia z siebie. Zdobywanie wiedzy i doświadczenia. Poznawanie nowych, cudownych ludzi. Satysfakcja z dobrze wypełnionych zadań. To tylko kilka rzeczy, które powodują, że mi się w ogóle chce. Mało tego – dzięki tym wszystkim kłopotom, jakie sprawia mi praca, często czuję, że przekroczyłam swoje limity. A to satysfakcjonujące jak jasna cholera. Łatwe zwycięstwa są fajne, bo są łatwe. Ale te trudne – to dopiero one uświadamiają, że jest się silnym. Że można więcej. Że w ogóle to niech się wszyscy pierdolą, ja i tak dam radę. Większej satysfakcji nie doznaje się nawet otwierając słoik, którego nikt nie umiał otworzyć.

Koleżanka, z którą rozmawiałam powiedziała mi, że „na satysfakcję z tego, co robi przyjdzie, ma nadzieję, jeszcze czas”. A ja sobie od razu pomyślałam – nie przyjdzie. Tak łatwo jest odkładać to na później. Pieniądze muszą się skądś brać, a łatwo jest utknąć gdzieś, gdzie jest wygodnie, ale ma się ciągłe poczucie przewlekłego MEH. Później też nie będzie czasu, bo rodzina, bo awans, bo dzieci trzeba do szkoły zawieźć (nie że dzieci nie dają radości, czy coś). A te 40 godzin w tygodniu to będzie taki obciążnik, dociskający życie poziom niżej. Nikt nie staje się młodszy z czasem, nie czaruj się – nie jesteś Benjaminem Buttonem. Za trzydzieści lat będzie się wspominać, że można było zrobić tyle więcej, gdyby nie ta cholerna posada w XYZ. Gdyby tylko gonić za marzeniami.

cat_ladyNie chcę ryzykować starości z poczuciem zmarnowanego czasu. Jestem tym typem osoby, która już teraz myśli o funduszu emerytalnym. Do trzydziestki już niedaleko w końcu, a ZUS wieczny nie będzie. Ale nie o tym. Ja o tym, że jak już będę się huśtać w bujanym fotelu, uważając, żeby nie przycisnąć ogona jednego z moich trzydziestu kotów, chcę spojrzeć na swoje życie i nie pamiętać ani jednego dnia, w którym nie dałam z siebie wszystkiego, by żyć w pełni. Żeby móc powiedzieć sobie: „to były naprawdę ciekawe czasy”. I wcale nie w tym pratchettowskim znaczeniu.

Chcę miliona wspomnień, którymi będę zarzucać swoje prawnuki. Opowieści o kliencie, który zarzucał mnie milionem maili, które gotowały mi krew w żyłach, a który okazał się naprawdę świetnym gościem, z którym pod koniec współpracy miałam najlepszy kontakt ze wszystkich. O tym, jak razem zrobiliśmy świetny, innowacyjny projekt, którym z dumą chwaliłam się wszystkim, mimo, że drugiego takiego nie podjęłabym się za żadne skarby świata. Chcę miliona anegdot ze spotkań ze znajomymi. Chcę, kiedy już nie będę w stanie żyć w teraźniejszości, móc zagłębić się w zajebistą przeszłość, która wyciśnie ostatni dech z moich zrakowaciałych płuc. Bo nie czarujmy się, jak nie rzucę e-fajki, tak to się dla mnie skończy.

Każdemu jego raj

Oczywiście, ja to ja, a Ty to ktoś przypadkowy z internetów, którego znam lub też nie. I pewnie jesteśmy inni. Na pewno jesteśmy. Może Tobie zależy na świętym spokoju. Może wolisz skupiać się na szalonych weekendach z ziomkami i fokami. Czego tak naprawdę chcesz od życia? Cokolwiek to jest (w granicach legalności i dobrego smaku) – szukaj satysfakcji w życiu. Tego Ci życzę – obrania tej jednej drogi, która da Ci radość, czy tam zadowolenie, albo chociaż uśmiech na twarzy jak już tego kaca zaleczysz. Tylko nie daj się wcisnąć w rolę, która Ci nie leży.

Źródła obrazków:

Xandox 

Ken Braddy

Latest Comments

  1. Q Marzec 2, 2015

Dodaj komentarz